✉️ List 7: „Do siebie z dnia największego bólu”
Kochana Ty, tamtego dnia...
Wiem, że tego nie zapomnisz.
Wiem, że kiedy zamykasz oczy – wraca.
Tamten pokój. Tamto słowo. Tamta cisza, która brzmiała jak krzyk.
Widziałam Cię wtedy.
Siedziałaś na łóżku, skulona,
i myślałaś, że to już za dużo.
Że nie uniesiesz. Że się skończyło.
Wszystko się waliło:
zdrowie, nadzieja, sens.
Czułaś się jak duch w ciele, które tylko trwało –
bez wiary, bez siły, bez głosu.
Ale byłaś tam.
I wiesz co?
Przetrwałaś.
Nie zrobiłaś tego kroku, którego nikt by już nie cofnął.
Nie wyłączyłaś światła.
Nie zgasiłaś siebie.
Choć nikt Cię nie widział –
Bóg widział.
Choć nikt nie słyszał Twojego szeptu:
„Nie chcę już istnieć” –
On słyszał.
I nie odpowiedział grzmotem.
Odpowiedział tym, że obudziłaś się następnego dnia.
Że Twój oddech nie odszedł.
Że Twoje serce, mimo wszystkiego – biło dalej.
Dziś, patrząc na Ciebie z tamtej chwili,
chcę Ci powiedzieć jedno:
Jestem z Ciebie dumna.
Bo właśnie wtedy, gdy myślałaś, że to koniec –
urodziła się najpiękniejsza część Ciebie.
To z tamtej ciemności
wzięłaś światło, którym dziś świecisz innym.
To tam, w bólu, nauczyłaś się miłości.
Do siebie. Do życia. Do Boga.
Więc dziękuję Ci.
Że zostałaś.
Że nie oddałaś wszystkiego bólowi.
Że pozwoliłaś, by z rozpaczy narodziła się dusza silniejsza niż kiedykolwiek.
– Kamila, która żyje, bo wtedy nie przestałaś walczyć
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz