Kiedy pierwszy raz weszłam w świat lokalnej polityki, miałam w sobie sporo wiary.
Wierzyłam, że można tu działać dla dobra ludzi, że liczą się pomysły i praca.
Dziś wiem, że na tej scenie pomysły są tylko rekwizytami, a praca – walutą wymienną w układach.
W małych miejscowościach wszyscy się znają. Albo przynajmniej tak im się wydaje.
Tutaj układ nie potrzebuje wielkich budżetów czy partyjnych gabinetów.
Wystarczy kilka telefonów, parę „przypadkowych” spotkań i odpowiednio opowiedziana historia.
Nie ma znaczenia, co robisz. Ważne, czyj jesteś.
Z zewnątrz wygląda to jak spokojna gra.
Kilka nazwisk na listach wyborczych, parę obietnic na plakatach.
Ale pod powierzchnią toczy się cicha wojna – o wpływy, kontrolę i lojalność.
O to, kto ma prawo decydować, a kto ma być tylko tłem.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta gra nie ma reguł.
A jeśli ma – to zmieniają się w zależności od tego, kto akurat rozdaje karty.
W kolejnym wpisie opowiem o tym, jak przykleja się człowiekowi łatki, których nikt nie próbuje odkleić – bo kłamstwo bywa wygodniejsze od prawdy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz