Do tych, którzy czują się samotni w swoim cierpieniu
Kochani
Piszę do Was ten list z miejsca, które noszę w sobie od lat. Z miejsca, gdzie dorastałam szybciej niż powinnam. Gdzie nauczyłam się czytać z oczu pielęgniarek i lekarzy, zanim nauczyłam się tabliczki mnożenia.
Szpital był moim drugim domem. Nie takim, w którym pachnie ciastem i słychać śmiech – ale domem, gdzie pachniało środkami dezynfekcyjnymi, a śmiech… był rzadkością. Miałam kilka lat i zamiast uczyć się jazdy na rowerze, leżałam pod kroplówką, z igłą w ręce i duszą w niepokoju. Czasami płakałam w poduszkę, ale najczęściej patrzyłam w sufit i wyobrażałam sobie, że jestem w lesie, gdzie słońce tańczy przez liście. To była moja ucieczka.
Byłam dzieckiem, które zamiast lalek miało leki. Ale nauczyłam się czegoś ważnego – że cierpienie nie zabiera nam serca. Ono je hartuje. Tam, wśród szpitalnych ścian, zobaczyłam, czym jest prawdziwa odwaga – nie ta głośna, pokazowa. Ale ta cicha, która mówi „wytrzymam jeszcze jeden dzień”.
Jeśli czytasz to i czujesz się samotnie w swoim cierpieniu – chcę, żebyś wiedział(a), że nie jesteś sam(a). Że Twoje łzy nie są słabością, ale siłą, którą mało kto potrafi zrozumieć. Przetrwasz. I kiedyś Twoja historia stanie się światłem dla kogoś innego. Tak jak ja dziś chcę być światłem dla Ciebie.
Z czułością,
Kamila
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz